Rozmowa z Rafałem Sonikiem

copyright: TETE (Tomasz Tomaszewski)


WO: Intencją tych rozmów jest pokazanie czytelnikom roli pasji w życiu oraz tego, czy i jak z tej pasji można wydobyć pewne umiejętności, które możemy potem przenieść do każdej innej naszej działalności: ze sportu do biznesu, z biznesu do sportu, z muzyki do kreatywnego biznesu. Często zadajemy sobie pytanie: jak to wszystko połączyć w inteligentny sposób, jednocześnie budując swój świat.


W jaki sposób możemy ugrać coś więcej, ale być może także się czymś podzielić. Tym razem rozmawiam z Rafałem Sonikiem.


KASPROWY


WO: Rafale, najpewniej wszyscy kojarzą cię przede wszystkim z rajdami. Tymczasem zaczynałeś jako… narciarz. Jaką rolę odegrali górale i Kasprowy Wierch w twoim życiu – także tym zawodowym i sportowym?


RS: Właściwie wychowałem się w górach, bo przez wiele lat, od jesieni do wiosny, właśnie tam spędzałem każdy wolny dzień. To były czasy, kiedy rzeczywistość wokół nas była mało atrakcyjna. Spotykając się w Tatrach, byliśmy w jądrze tego, co najpiękniejsze – z jednej strony mieliśmy piękne góry i prawdziwe jeszcze wtedy zimy, a z drugiej – interesujących ludzi z przeróżnych środowisk i miejsc, z których każdy miał inną historię do opowiedzenia. Zbudowało to bliskość między wieloma z tych osób. Bliskość, która oparła się upływowi czasu. Kasprowy jest trochę taką polską wieżą Babel. To jedyny szczyt, który stanowi wyzwanie zarówno dla narciarzy, jak dla turystów. Wyraźnie odróżnia się od pozostałych narciarskich gór. Przez kilkadziesiąt lat spotykali się tam przeróżni ludzie: od prezydentów i komunistycznych dygnitarzy, a wcześniej również dygnitarzy nazistowskich, po ludzi bardzo prostych, którzy traktowali bycie na Kasprowy jak niedzielną wycieczkę – prostą przyjemność. Wystarczyło dojechać do Kuźnic, odstać swoje w kolejce i wjechać na górę. Kasprowy był jak tygiel – stykali się tam ludzie ciekawi siebie nawzajem. Dzisiaj możemy spotkać tam ludzi, z którymi się przyjaźniliśmy, czy konkurowaliśmy na nartach. Nie widzimy się rok, czasem dłużej, a czujemy jakbyśmy się rozstali zaledwie wczoraj. To bardzo przyjemne uczucie, choć oczywiście też pełne nostalgii, ponieważ jest równoznaczne z tym, że wszyscy się starzejemy.


WO: Kasprowy był też wyjątkowy chociażby przez to, jaki wysiłek trzeba było wykonać, żeby się na nim znaleźć, wykorzystując do tego każdą nadarzającą się sposobność. Co było w tym miejscu tak atrakcyjnego, że cały czas tam wracaliście?


RS: Chyba najbardziej to, że tłem naszych spotkań była aktywność sportowa czy para-sportowa, bo nie wszyscy byliśmy wyczynowymi narciarzami. Czuliśmy, że mamy przywilej znaleźć się w wyjątkowych okoliczności – skrajnie różnych od dnia codziennego. Przypomnę, że wchodziłem w wiek dojrzały w stanie wojennym, kiedy dla większości ludzi Kasprowy był miejscem bardzo trudno dostępnym albo wręcz zakazanym. A jak wiadomo – im trudniejsze, im bardziej zakazane – tym ciekawsze. Nie zapomnę jak wiele razy ukrywaliśmy się przed ówczesną reprezentacją władzy, która wysupływała ludzi bez zezwoleń na przebywanie w strefie nadgranicznej i w ogóle w Zakopanym. Chowaliśmy się w Kuźnicach, w śnieżnych zaspach na dachu stacji kolejki. Znalazłem kiedyś w takiej zaspie obcięty kawałek liny z ołowianą końcówką i z drucianym popręgiem. Niestety nie mam jej do dziś – zaginęła na przestrzeni lat, ale ewidentnie była przeznaczona do jakiejś bijatyki. Być może do starć z ZOMO.


WO: Czy jesteś w stanie sobie wyobrazić, a może masz takie doświadczenia, że podobną atrakcyjność miejsca możesz stworzyć w przestrzeni, którą jest praca zawodowa?


RS: Myślę, że podobne okoliczności można stworzyć w niszowych start-upach, które są wyjątkowo ambitne. W start-upach, które mają nadzieje na znalezienie rynku w miejscach, w których nikt albo prawie nikt go nie widzi.


WO: I co jest potrzebne żeby taki start-up pociągnąć? Część osób uważa, że jak coś jest trudne, to trzeba odpuścić…


RS: Jeżeli w jakimkolwiek obszarze życia odpuszcza się to, co trudne, to raczej nie odniesie się sukcesu. Myślę, że największą radość i satysfakcję przeżywa się właśnie wtedy, kiedy weszło się w coś, co wydawało się niewykonalne albo przynajmniej skrajnie trudne, a okazuje się zadaniem do zrobienia.


PRZEDSIĘBIORCA


WO: Co było pierwsze – fascynacja mistycznym miejscem jakim był Kasprowy, jego niedostępność czy może możliwość zarabiania pieniędzy w niesamowitym miejscu, a jednocześnie łączenia tego z przyjemnością?


RS: Początkiem była możliwość wracania do Zakopanego, a później na Kasprowy. Kiedy miałem czternaście, piętnaście czy szesnaście lat, musiałem za każdym razem nie tylko pytać rodziców o zgodę, ale też prosić ich o pieniądze. Te kwoty były dla nich istotnym obciążeniem i z czasem uświadomiłem sobie, że nie mam prawa niczego od nich oczekiwać – muszę się liczyć z ich odmową. To był właśnie moment, o którym przed chwilą mówiliśmy, gdy najciekawszym i najatrakcyjniejszym wyzwaniem staje się to, co trudne. W tym wypadku – uniezależnienie się od finansów moich rodziców. Żyłem więc myślą o tym, co mogę zrobić, żeby rodzice nie musieli martwić się o pieniądze, ponieważ to, co dla mnie było największą radością i przyjemnością, dla nich oznaczało stres. W zupełnie naturalny sposób – może z delikatnym udziałem przypadku – udało się połączyć moją pasję ze sposobem na zdobycie niezbędnych środków. Jako nastolatek zacząłem naprawiać i sprzedawać narty, a wszystkie pieniądze, które w ten sposób zarabiałem, przeznaczałem na to, żeby na nartach jeździć. Zacząłem sam finansować swoje wyjazdy.


WO: I teraz dochodzimy do takiego momentu – Rafał Sonik regularnie wyjeżdża w góry i wydaje mu się, że osiągnął pewien rodzaj stabilizacji w tych wyjazdach. No i połączył przyjemność z biznesem…


RS: Żeby móc mówić o stabilności, musiałbym mieć dochód stały, a był on po pierwsze sezonowy, a po drugie – uzależniony od mojego działania. W tamtym czasie moje dochody były tylko wynikiem transakcji „case by case”. Jeżeli w którymkolwiek momencie popełniłbym błąd, nie umiał się zdyscyplinować i zorganizować, to przychody nie tylko nie miałyby żadnych znamion stałości, ale w ogóle by ich nie było.


WO: Jaka jest najważniejsza lekcja z tamtego czasu, z której świadomie bądź nieświadomie korzystasz? Czy są momenty, kiedy w dorosłym, poważnym biznesie mówisz „to jest trochę tak jak wtedy”, tylko zmieniły się pieniądze, stawka w sporcie czy w biznesie, a może nawet w życiu osobistym?


RS: Przypuszczam, że wszystkie, a na pewno większość takich lekcji pochodzi właśnie z tego okresu. Podstawowa rzecz, jakiej się nauczyłem na początku drogi, to stawianie na jakość. Ówczesne okoliczności pozwoliły mi zrozumieć, że im wyższa i lepsza jest jakość tego, co robię, tym większe prawdopodobieństwo sukcesu. Bo takich, którzy handlowali nartami średniej jakości i średnio przygotowanymi było mnóstwo, a ja byłem jednym z nielicznych, którzy w sposób instynktowny – bo wtedy to było kompletnie poza świadomością – stawiali na staranność i rzetelność. Starałem się, żeby klienci dostawali najlepsze, co było wówczas dostępne. Miałem w związku z tym bardzo ciekawy epizod – to było po słowackiej stronie Tatr, na Chopoku. Któregoś dnia, w kolejce do wjazdu na górę stało około pięćdziesięciu osób. I ponad trzydzieści z nich miało sprzęt ode mnie. Był 1986, może 1987 rok. Wszyscy byli ode mnie dużo starsi, co oznaczało, że nie byli nowicjuszami, tylko klientami o dużych wymaganiach, którzy stawiają na porządny sprzęt.


WO: A czy wtedy myślałeś już o pracy zespołowej, czy działałeś samodzielnie?


RS: Od samego początku działałem zespołowo. Jak wspominałem – moje zajęcie było sezonowe, czyli kupowałem narty wiosną, a sprzedawałem jesienią i na początku zimy. Żeby móc w krótkim czasie sprzedać coraz więcej dobrego sprzętu, musiałem być w listopadzie, grudniu i styczniu na giełdach w Warszawie, Katowicach i Krakowie. Tego się nie da zrobić w pojedynkę. Musiałem transportować sprzęt z Krakowa do Katowic, czy Warszawy, zbierać to co zostało, rozliczać. Dlatego od samego początku zatrudniałem sporo osób. Co więcej, żeby od wiosny do jesieni przygotować kilkadziesiąt, później kilkaset, a z czasem nawet dwa tysiące par nart – bo tyle sprzedawałem w szczycie – potrzebne mi były właściwie wszystkie dostępne warsztaty, które mogły je regenerować. Co prawda na samym początku regenerowałem te narty sam, ale później robiły to już dla mnie warsztaty w Szaflarach, Zakopanym, Szczyrku i Bielsku. To było fantastyczne, bo dałem im możliwość rozwoju. Wspomniane warsztaty po raz pierwszy w swojej historii nie zawieszały na wiosnę działalności. Kończyły usługi dla klientów indywidualnych, a zaczynały renowację wyłącznie dla mnie – przez pół roku, mniej więcej od kwietnia do października-listopada. Przez pierwsze pięć – sześć lat, czyli od 1980 do około 1986 roku skupowałem coraz więcej używanego sprzętu, poddawałem go renowacji i sprzedawałem. Potem, do końca lat 80. kupowałem też duże ilości nowego sprzętu. Stałem się sporym hurtownikiem, głównie akcesoriów sportowych, odzieży, dresów, a później też sprzętu elektronicznego.


WO: Czy z tamtego czasu pamiętasz osobę, która zrobiła na tobie największe wrażenie, zarówno pozytywne jak i negatywne, która spowodowała, że zacząłeś coś robić inaczej, lepiej albo zaprzestałeś pewnych działań? Kogoś, kto być może służył ci – nie do końca świadomie – jako mentor, któremu mógłbyś zaufać?


RS: Nie, nikt taki jak mentor nie pojawił się wtedy w moim życiu. Za cały cykl „produkcyjny”, odpowiadałem osobiście. Natomiast w zasadniczym fragmencie działań, czyli w obsłudze i renowacji, miałem wspólnika, którego sam sobie dobrałem. Witek Lercel był ode mnie o wiele starszy i bardziej doświadczony. Przez lata prowadził w Krakowie na ulicy Skłodowskiej-Curie warsztat i płynnie przeszedł od samodzielnej pracy do działania na większą skalę ze mną. Z Witkiem przyjaźnię się do dzisiaj, a praca z nim dała mi ogromne doświadczenie.


WO: Rafał Sonik zamyka pewien etap w swoim życiu. Biznes sportowy działa pełną parą, ale ty już masz kolejny start-up w głowie. W pewnym momencie stajesz się przedsiębiorcą od nieruchomości, związanym z wielkimi koncernami: McDonald’s i BP. Czy nie kłóciło się to z twoim dotychczasowym zajęciem, które łączyłeś ze swoją pasją? Czy zatem jesteś w stanie robić rzeczy, których nie lubisz?


RS: Chyba nigdy nie jest tak dobrze, żeby robić tylko to, co się lubi. Na szczęście te nielubiane rzeczy często były konsekwencją tego, co lubiłem i chciałem robić. Ale w każdym zestawie czynności, które zamykają jakiś cykl gospodarczy, biznesowy – za częścią nie przepadasz. Na przykład nigdy nie lubiłem księgowości i działania odtwórczego. Kiedy w połowie lat 90. przygotowywaliśmy umowę z BP, w ogóle nie zajmowałem się działalnością operacyjną bo była odtwórcza. Wynikało to również z chęci optymalizacji czasu, a byłem pewien, że moi współpracownicy zrobią to sprawniej i rzetelniej niż ja.


MISJA


WO: Czego młodzi ludzie mogliby nauczyć się od ciebie – oprócz odwagi, chęci poznawania przyrody, kraju, czy bycia razem – rzeczy, które u ciebie zapoczątkował Kasprowy? Jaką cechę chciałbyś im przeszczepić?


RS: Chciałbym, aby w oparciu o swoje osiągnięcia działali dla dobra innych. Dla mnie jest to podstawowa wartość naszej pracy i pasji. Nie wszyscy jednak mają potrzebę dzielenia się dobrem z konkretną osobą, grupą albo w niemerkantylnym celu. A ja dość wcześnie odkryłem, że dopiero wtedy czuję satysfakcję, kiedy równolegle z codziennymi obowiązkami robię też coś, co ma społeczny sens. Stało się to trochę przypadkowo. Pierwszy McDonald’s w Krakowie powstał w budynku przy ulicy Floriańskiej 55, który kiedyś, bezdzietnie umierająca kobieta podarowała w spadku księżom misjonarzom na działalność charytatywną. Na fundamencie, jakim był przychód z tej inwestycji, powstała SIEMACHA, czyli stowarzyszenie pomagające poszukającym wsparcia młodym ludziom. Jego celem jest wzmacnianie wzajemnego zaufania, więzi społecznych i obywatelskiego zaangażowania oraz poczucia odpowiedzialności za siebie i innych. W 1993 roku okazało się, że przychód z tego i następnych komercyjnych obiektów, można znakomicie spożytkować. Przeznaczaliśmy go dla dzieci, których rodzice mieli trudności z dostosowaniem się do przejścia z gospodarki socjalistycznej na kapitalistyczną. Do zmiany z ustroju, który choć biednie, ale dbał o każdego, do ustroju, który dawał znacznie większe szanse aktywnym, a tym przyzwyczajonym do tego, że im „kapie” niezależnie od aktywności zawodowej – nie miał nic do zaoferowania. Spychał ich na margines. Dzieci, których rodzice nie potrafili dopasować się do nowych okoliczności, zaczęły pojawiać się w SIEMASZE. Ja też pojawiłem się w SIEMASZE jako sponsor i partner finansujący reaktywację, a później bieżącą działalność SIEMACHY. Zaczęło mi to przynosić ogromną satysfakcję, również dlatego, że nie były to działania wyłącznie o charakterze finansowym. Udzielałem się przeróżnie. Na przykład w dniu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej opowiadałem dzieciom i młodzieży z SIEMACHY o tym, co ta zmiana dla nich oznacza. Angażowałem się w przeróżne przedsięwzięcia, które SIEMACHA organizowała: remonty kolejnych obiektów, urządzanie ich, planowanie działalności i udział w aktywnościach edukacyjnych i rozwojowych dzieci.


WO: Czy miałeś kiedyś taką refleksję – patrząc na młodych ludzi uczestniczących w działaniach, które inspirujesz w ramach SIEMACHY – że oni chcą czegoś więcej?


RS: Właśnie to w SIEMASZE było najbardziej niesamowite – i myślę, że w dużym stopniu jest do dzisiaj, ale wtedy było dominujące – że dzieci rodziców, którym się trochę nie chciało, a trochę nie umieli się przystosować do nowej rzeczywistości, chciały bardziej. Że te dzieci miały mocny „drive” do wyjścia z marazmu i dezaprobaty dla gwałtownie zmieniającego się świata i chciały stać się raczej liderami niż maruderami. To było fantastyczne, tym dzieciom się chciało i do dzisiaj chce dużo bardziej niż ich rówieśnikom żyjącym wygodnie w rodzinnych domach. One, mając trudne warunki w domu – czasem nawet bardzo trudne – chciały przeć do przodu, rozwijać się, uczyć, szukać swoich szans, pasji, umiejętności. To, co w tamtych czasach było najciekawsze w ofercie SIEMACHY, to pomaganie młodym ludziom w odnajdowaniu ich naturalnych talentów. Szkoła ma program i ten program – jaki by nie był dobry – jest takim zestawem pozawieszanych na wieszakach garniturów, które dzieci muszą ubrać. Na niektóre z dzieci garnitur szkolny pasuje, ale na dużą część z nich nie. Natomiast w SIEMASZE dzieci szły za swoimi talentami i pasjami, czyli alokowały swoje zainteresowania w coraz szerszej ofercie SIEMACHY. Owszem, SIEMACHA pomagała – mówiąc tak bardzo trywialnie – odrabiać lekcje czyli robić to, co jest niezbędne w szkole, ale przede wszystkim dawała szansę na odkrycie w sobie talentów. Jak chciałeś rysować, to mogłeś rysować! Jak chciałeś chodzić na wycieczki, to chodziłeś na wycieczki! Jak chciałeś się uczyć geografii czy grać na instrumentach, to się na tym skupiałeś. Młodzi ludzie organizowali się w SIEMASZE wokół swoich zainteresowań, pasji, dobrych cech. To spowodowało, że jakby policzyć jakiś rodzaj parytetu, to ich rówieśnicy, którzy mieli o wiele korzystniejsze warunki w domu, osiągali per saldo mniej niż oni, którzy mieli trudniejsze warunki. Po pierwsze – bardziej im się chciało, a po drugie – mieli większą szansę na odnalezienie bardzo wcześnie w sobie talentów i pasji.


PRACODAWCA


WO: Tworzymy zatem przestrzeń dla ludzi, którym chce się chcieć, którzy poszukują swojej pasji, rozwijają ją, a dzięki współpracy z innymi mogą dać coś więcej i sobie i tym, z którymi współpracują. Czy jesteś w stanie ten rodzaj refleksji przełożyć na życie zawodowe i jak to robisz?


RS: Dobrym przykładem będzie tu moje najcenniejsze doświadczenie z zatrudniania ludzi. Robię to od ponad trzydziestu lat – pierwszego pracownika zatrudniłem na stałe w 1986 roku, a od 1990 roku pracuje u mnie spora grupa ludzi. To najważniejsze i najcenniejsze doświadczenie z zatrudniania ludzi jest następujące: jeżeli proces rekrutacji jest przeprowadzony starannie, to właściwie nie zatrudnia się złych ludzi. Zatrudnia się najwyżej ludzi, którzy są źle alokowani. Czyli nie należy ich zwalniać jeśli się jest zawiedzionym wynikami, tylko relokować, zmieniać im zakres obowiązków. Aż za drugim, najdalej trzecim podejściem po zmianie okazuje się, że ten garnitur – w przenośni – pasuje na tę osobę idealnie. I to jest niesamowicie budujące – wdrożenie osoby, po tej drugiej, najdalej trzeciej relokacji, w już dopasowany zakres obowiązków i odpowiedzialności. Po jakimś czasie rozumiemy się bez słów. Komunikacja, jaką trzeba poświęcić, żeby później taka osoba dobrze wykonywała swoją pracę, jest ułamkiem tego, co trzeba robić wtedy, kiedy to dopasowanie nie jest idealne. Weźmy jako przykład mojego mechanika. Ja wiem, że to się wydaje trywialna funkcja, ale taka nie jest. To bardzo trudne zajęcie. Trzeba pamiętać, że mój mechanik odpowiada nie tylko za quady, ale również za cały nasz tabor: samochody serwisowe, przyczepy, pojazdy towarzyszące. Samych quadów jest kilka, bo przecież nie ścigamy się na jednym w ciągu roku, budujemy następne, rozbieramy poprzednie, unowocześniamy. Z moim mechanikiem komunikuję się raz na kilka tygodni, a on: wiosnę spędza w Emiratach Arabskich, później jest w Katarze, przenosi się do Europy, a potem jedzie do Ameryki Południowej. Pracuje w pięciu, sześciu krajach w ciągu roku, a ścigamy się w ośmiu czy dziesięciu. Mam z nim sporadyczny kontakt, bo wiem, że on – tak jak ja – robi dokładnie to co kocha. Dlatego tak dobrze się rozumiemy. I jeszcze jedna rzecz – jego praca polega na tym, żebym ja nie miał problemów technicznych ze sprzętem. A konkurencja w mojej dyscyplinie sportu wygląda zupełnie inaczej niż na przykład w koszykówce. Bo koszykarz w drużynie ma zorganizowane wszystko: hotele, przejazdy, przeloty, trening, rehabilitacje, regenerację. Jest częścią wielkiego organizmu jakim jest drużyna – szczególnie jeśli to drużyna grająca na wysokim poziomie. To jest korporacja, która wszystkie elementy ma dopracowane. My tymczasem budujemy wszystko sami. Jesteśmy takimi mikrokorporacjami, czy mikroprzedsiębiorstwami, które konkurują ze sobą również przygotowaniem i niezawodnością sprzętu. Żebym ja mógł walczyć o mistrzostwo świata, mój mechanik musi być mistrzem wśród ludzi w swoim fachu.


WO: Przeprowadzasz dobrą rekrutację, dajesz komuś dobrą pracę, w której zaczyna być mistrzem świata. I pojawia się ważna rzecz, o której teraz w firmach i sporcie bardzo często się mówi – zaufanie. Zaufanie do czyjegoś talentu, zaangażowania i oddanie swojego losu, przynajmniej częściowo, w czyjeś ręce. Jaka jest rola zaufania?


RS: Rozróżniam dwa rodzaje zaufania. Jeden to wzajemne zaufanie, które buduje się pomiędzy dwiema osobami w czasie. Tutaj trzymanie ręki na pulsie jest najważniejsze. Każda kolejna decyzja, kolejny ruch, działanie, musi mieć uzasadnienie. Drugi rodzaj zaufania, to zaufanie do otoczenia. Nie buduje się go latami, tylko na początku daje kredyt. I później obserwuje, jak „otoczenie” obchodzi się z tym kredytem zaufania. Albo go powiększa albo zmniejsza. Kredytu zaufania na „dzień dobry” nie dostaje na przykład mechanik, bo mechanik jest w teamie i musi na moje zaufanie zapracować w czasie – swoimi działaniami, decyzjami, zachowaniami i jakością tego, co robi. Natomiast w otoczeniu mam odwrotne podejście – ufam z definicji po to, żeby przez cały czas nie mieć poczucia, że za moimi plecami najprawdopodobniej czai się wróg. Jeśli ktoś okaże się wrogiem, to wtedy go tak traktuję. Ale dopóki nie okaże się wrogiem, traktuję go jako potencjalnego sprzymierzeńca. Zakładam, że ludzie nie komunikują się z nami po to, żeby nas naciąć, oszukać i okraść, ale że chcą od nas wartości, które my mamy, a im są potrzebne. To jest uczciwa gra. Dopiero jak się przekonuję, że taka nie jest, wtedy zaczynam kontrolować, sprawdzać i weryfikować. Mam prostą filozofię wobec otoczenia. Jeśli podchodzisz do niego z nieufnością, jako filtrem, przez który patrzysz na wszystko co cię otacza, to nie śpisz dobrze. Wciąż zastanawiasz się, co złego może cię spotkać ze strony ludzi. Natomiast jeśli podchodzisz z ufnością, to dobrze nie śpisz tylko czasami – wtedy, gdy się okazuje, że ktoś zawiódł twoje zaufanie.


SUKCES


WO: Idąc przez życie z taką filozofią, doszedłeś na szczyt jeśli chodzi o puchar świata, jeśli chodzi o rajd Dakar. Co z porażkami w drodze na ten szczyt?


RS: Mnóstwo ludzi wypowiedziało na ten temat miliony zdań. Bo to jest chyba jeden z ciekawszych elementów analizowania drogi do sukcesu. Ja mam takie doświadczenie: sukces osiągnięty szybko jest najczęściej bardzo krótki. Jest flashem i najczęściej wynikiem ponadprzeciętnego szczęścia, które pojawiło się u kogoś w konkretnych okolicznościach. Natomiast sukces, który jest wypracowany przez długi okres, raczej nie jest skutkiem splotu korzystnych okoliczności i szczęścia. A więc o wiele większe są szanse na to, że będzie trwalszy, bo jego fundamenty są dłużej budowane. Co więcej jest duże prawdopodobieństwo, że na koniec przyniesie o wiele większą satysfakcję. Weźmy na przykład Roberta Kubicę. Zanim dostał się do Formuły I, minęło niemal dwadzieścia lat od chwili, kiedy pierwszy raz w życiu usiadł za kierownicą.


WO: A jak było u ciebie?


RS: Na pierwszy Dakar w 2009 roku w Ameryce Południowej pojechałem właściwie w ciemno. Wiedziałem tylko tyle, że umiem jeździć quadem i że jeździłem już po terenach o podobnym charakterze. Południowo-zachodnie stany USA mają zbliżoną budowę geologiczną do Argentyny i Chile. Ale nic poza tym. Wynik Dakaru 2009 roku był zaskakujący chyba dla każdego. Na początku, pośród polskich rajdowców, toczyły się zakłady o to czy dojadę, a ja zająłem trzecie miejsce! To, że będę na podium, było kompletnie abstrakcyjne. W pierwszej trójce, przypomnę, znaleźli się wówczas: Józek Macháček, który jako jedyny z nas miał ogromne doświadczenie, bo wcześniej startował wielokrotnie w rajdzie Dakar w Afryce i wygrał go cztery razy; Marcos Patronelli, który nie wiedział, tak jak ja, co to jest Dakar, ale był u siebie, więc to mu bardzo pomogło; no i ja. Byłem wśród nich największym kosmitą. W kolejnych latach – 2010, 2011, 2012, 2013 i 2014 jechałem już z doświadczeniem i wiedzą, że skoro mogłem być trzeci, to mogę być też drugi i pierwszy. Ale nie byłem. Powinienem był wracać z każdego Dakaru sfrustrowany, że nie wygrałem. I to jest właśnie najciekawszy fragment mojego sportowego życia, ponieważ potrafiłem przeanalizować, dlaczego nie wygrywałem. Z każdym kolejnym sezonem coraz lepiej wiedziałem dlaczego tak się działo. W 2012, kiedy byłem czwarty, 2013, kiedy byłem trzeci i 2014, kiedy byłem drugi – za każdym razem byłem z jednej strony niezadowolony, że nie wygrałem, ale z drugiej o wiele bogatszy o doświadczenie dlaczego tak się stało. Aż w końcu w 2014 roku przeanalizowałem każdy kolejny etap oraz końcowy efekt i doszedłem do wniosku, że nie wygrywam Dakaru nie dlatego, że konkurenci są szybsi, tylko dlatego, że popełniam za dużo błędów. I od tego momentu, czyli od wiosny do grudnia 2014 roku, zająłem się ich analizą. Znalazłem wszystkie główne błędy, które powodowały, że wcześniej nie wygrywałem. Wyeliminowałem je prawie w stu procentach i zwyciężyłem w 2015 roku.


WO: W armii amerykańskiej to się nazywa after action review. Nauka na refleksji „nie kto jest winny, tylko co zrobić następnym razem, żeby było lepiej” – to jest podstawą sukcesu jednostek specjalnych wojska amerykańskiego…


RS: U mnie mentalnie wyglądało to tak, że to, co można uznać za pasmo porażek, okazało się najlepszą drogą do sukcesu. Wygrałem Dakar 2015 w wyniku bardzo intensywnej analizy wszystkich błędów z poprzednich lat. Później, zaraz po Dakarze w 2015 roku, opierając się na bardzo podobnych analizach, wygrałem cztery z sześciu pucharów świata. To był najlepszy sezon jaki miałem również w tym cyklu! Czyli to, co z dzisiejszej perspektywy może się wydawać niespełnieniem, w drodze do spełnienia może się okazać najcenniejszym etapem.


WO: Czy te analizy porażek i błędów były inicjowane przez ciebie czy przez zespół?


RS: To było ogromne wyzwanie w relacjach z moim zespołem. Ale pomogły mi tu prawdopodobnie geny, a w każdym razie coś, co na pewno nie jest moją zasługą. W każdym etapie rajdowym, a szczególnie w Dakarze, po odcinku specjalnym jest dojazdówka po asfalcie: czasem dłuższa, czasem krótsza. Niezwykle rzadko się zdarza, że wjeżdżamy z trasy od razu na biwak. Co robię na dojazdówce? Gdy tylko po kilku, kilkunastu minutach odpoczynku wracam do jako takiej przytomności umysłu, analizuję swoje błędy z oesu. I gdy po jednej, dwóch, trzech, czy czterech godzinach jazdy dojazdówką przyjeżdżam na biwak, to już jestem rozliczony sam ze sobą z wszystkich błędów. Czyli mam już konkluzję – wiem, co zrobić, żeby nie popełnić tych samych błędów nie tylko jutro, na następnym OS-ie, ale podczas kolejnego rajdu. I co się wtedy dzieje? Wtedy na biwaku rozliczam pozostałych z jakości ich pracy. Inni nie wiedzieli, że ten cykl tak wygląda, w związku z tym przyjmowali, że skoro przyjeżdżam na biwak i mówię co było źle zrobione to znaczy, że szukam błędów u innych, a nie u siebie. Uświadomiłem to sobie po jakimś czasie i jasno zakomunikowałem to wszystkim ludziom w moim core teamie: najpierw rozliczam siebie, a dopiero później Was. Żeby móc Was rygorystycznie rozliczyć, muszę zacząć od siebie.


WO: Zakładam, że jeżeli to się dobrze zrobi, to też jest pewnego rodzaju metoda na budowanie zaufania. Nie szukamy winnych, tylko chcemy być lepsi.


RS: Celem nie jest szukanie winnych czy winnego. Wyłącznym celem jest to, żebyśmy byli lepsi, i indywidualnie i jako zespół. To ma kolosalne znaczenie. Opowiadałem przed chwilą o latach 2010, 2011, 2012, 2013 i 2014 kiedy jechaliśmy na Dakar wygrać, a przyjeżdżaliśmy bez zwycięstwa. Należy pamiętać, że jedną kwestią jest zmotywowanie samego siebie do kolejnego startu, a drugą – zmotywowanie całego zespołu. Bo nie tylko zawodnik wraca zawiedziony tym, że jechał wygrać, a przegrał, tylko przyjeżdża cały team zawiedziony tym, że po tak wytężonej, całorocznej robocie poniósł porażkę. Żeby móc zmotywować ludzi na kolejny rok, do jeszcze większego wysiłku, musisz przede wszystkim pokazać, że rozliczyłeś samego siebie i że wierzysz w to, że w następnym roku będziesz lepszy. Wtedy uwierzą w to, że w następnym roku sami także będą lepsi.


MISTRZ


WO: Dla wielu osób praca jest dzisiaj pańszczyzną. Znalezienie pasji w ramach pracy jest dla mnie czymś chyba najfajniejszym, bo powoduje, że chce Ci się chcieć.


RS: Pasja to jedno, ale ważna też jest jakość tego, co robimy. Zwróć uwagę – jakikolwiek by był wizerunek Rafała Sonika, to ja nie konkuruję z Małyszem, Stochem, Kubicą ani żadnym innym sportowcem pod kątem sławy, czy bycia medialnym. Ale z każdym z nich jestem w stanie konkurować jakością. Gdybyś posadził kilka czy kilkanaście tego typu osób obok siebie, to wielu z tych ludzi, może nawet większość, byłaby dużo bardziej rozpoznawalna ode mnie. Ale nie każdy będzie konkurować ze mną jako synonimem jakości w różnych aspektach życia. Nie mówię tak dlatego, bo jestem zadufany w sobie, tylko po prostu staliśmy się synonimem jakości. W sierpniu 2015 roku TVN zrobił bardzo obszerne badania wśród internautów i między innymi zapytał ich o to kim chcieliby być. No i jak myślisz kto wygrał? Jest 2015 rok, późne lato…


WO: No nie wiem… Może z nim właśnie rozmawiam?


RS: Wygrał najsławniejszy wówczas polski youtuber, czyli Wardęga. Miał sto kilkadziesiąt milionów wyświetleń „Psa pająka”. I był dla internautów synonimem błyskawicznej kariery.


WO: Dla mnie jest to fascynujące z punktu widzenia tego, jak dzisiaj często buduje się swoją wartość…


RS: Zauważ, Wardęga był wtedy w absolutnym mainstreamie. Czyli był dokładnie w tym wieku, okolicznościach, które największa liczba internautów konsumowała, akceptowała z marszu. Druga była Margaret. Dlaczego? Bo była dziewczyną znikąd, która również zrobiła błyskawiczną i na tamten moment oszałamiającą karierę. A ja byłem trzeci. I byłem w kompletnym upstreamie. Dlaczego? Bo byłem dwa, trzy razy starszy od średniej wieku respondenta i byłem w stosunku do nich z kompletnie innego świata. Wardęga i Margaret byli z ich świata. To byli teenagerzy, którzy zrobili błyskawiczną karierę. Wardęga – sto kilkadziesiąt milionów wyświetleń filmu, czyli geniusz. Margaret – genialna dziewczyna, która nie mając żadnych obiektywnych warunków do tego, zrobiła błyskotliwą, natychmiastową karierę. Każda lub prawie każda dziewczyna chciała być jak Margaret. I nagle, wśród tych ludzi, na podium pojawił się facet trzy razy starszy, kompletnie nieinternetowy, z zupełnie innego świata. I wiesz dlaczego tak mnie uplasowali? Było bardzo krótkie wyjaśnienie: dlatego, że zaczynałem od zera, osiągnąłem sukces w życiu, a jak już go osiągnąłem – w percepcji internautów własnymi siłami – to jeszcze dzielę się nim z innymi. W sieci jest coś takiego, jak chmura określeń, etykiet, zawierająca słowa opisujące daną osobę.


WO: Tak. Najczęściej powtarzające się słowa są w tej chmurze wizualnie największe, a rzadsze określenia – mniejsze…


RS: Otóż to. W moim przypadku największym słowem, oprócz „pan Rafał”, było słowo „mistrz”. Zauważ, że ja nie byłem mistrzem piłki nożnej czy Formuły I. Ja byłem quadowcem – facetem, który w zasadzie powinien pozostać kompletnie nieznany, niszowy.


WO: Moim zdaniem to bardzo pozytywny sygnał, że to co sobą reprezentujesz, jest atrakcyjne dla tych, którzy w tym badaniu głosowali, kimkolwiek byli. Tym bardziej jest to dobra wiadomość, że byli to ludzie, dla których autorytetem są na przykład youtuberzy.


RS: Gdyby popatrzeć na to, jakie było odzwierciedlenie oczywistego sukcesu ludzi będących w czołówce tego badania, to mój sukces był o tyle większy, że ja byłem oderwany od ich rzeczywistości. Bo sport motorowy, pomijając Formułę I, nie jest prawie w ogóle odbierany przez internautów. A skoro nawet Formuła I nie jest za bardzo śledzona w sieci, to co dopiero quady i facet, który dodatkowo nie istnieje jako kumpel, bo jest trzy razy starszy. Wyłaniam się z abstrakcji. Dowiedziałem się o tych badaniach po fakcie i osoba, która prezentowała wyniki, zastrzegła że były one bardzo wnikliwie, że respondentami byli ludzie, którzy wiedzą o nas więcej niż my sami, czyli analitycy. Ludzie, którzy nie kierują się tym, że zobaczyli film „Pająk” Wardęgi i mówią – Wardęga jest the best. Nie. Według tego człowieka – a to była bardzo wiarygodna prezentacja – to byli ludzie, którzy zanim odpowiedzieli kim chcieliby być, bardzo dokładnie sprawdzili wszystkich potencjalnych kandydatów.


WO: Z jednej strony mogę tylko pogratulować, z drugiej strony mogę powiedzieć – jest nadzieja w takim razie. Robisz cały czas swoje i to zostało zauważone. I te rzeczy, które uznawałeś za ważne – łączenie biznesu, sportu i bycia filantropem – są częścią twojego DNA, której nie tyle nawet nie chcesz się pozbyć, ile nie widzisz powodu, dla którego miałbyś przestać to robić.


RS: Opisałeś rzecz w tym wszystkim kluczową. To, co spowodowało, że Wardęga i Margaret zajęli pierwsze i drugie miejsce, było jednak kreacją. Ludzie, którzy powiedzieli „chciałbym być Wardęgą”, patrzyli na niego przez pryzmat oszałamiającego sukcesu filmu „Pająk”. Prawdopodobnie także dużych sukcesów, choć już nie tak oszałamiających, kilku jego wcześniejszych produkcji. Ale nie wiedzy o nim samym. Natomiast wiedza tych, którzy odpowiedzieli „chciałbym być jak Rafał Sonik”, o wiele bardziej skupiała się na tym kim jestem, niż na jakimś moim spektakularnym wyczynie czy kreacji. My w ogóle nie mamy założenia, że tworzymy jakiś teatr w sferze publicznej. Gdy na przykład przygotowujemy jakąś prezentację, to nie mówimy „kurcze, jakby to fajnie wyglądało wykreowane”, tylko mówimy „dobra, jak było naprawdę, jak to opowiedzieć”.


EPILOG


WO: Historia prawdziwa jest w końcu najbardziej wiarygodna. A twoje historie zawierają w sobie krew, pot, łzy, satysfakcję i pracę zespołową. Jesteś w stanie w zasadzie z każdej szuflady wyciągnąć historię, czy jest biznesowa, czy mówi o Rafale Soniku filantropie czy Rafale Soniku sportowcu. I niczego nie musisz kreować…


RS: Podsumowując trochę ten świadomy okres mojego życia, czyli ostatnie dwadzieścia, trzydzieści lat – bo człowiek nie zaczyna być świadomy gdy kończy osiemnaście lat, moim zdaniem zaczyna być świadomy dużo później – to rzeczywiście najbardziej fantastyczne jest to, że nie potrzebuję niczego kreować, czy sztukować. Nie mam żadnej potrzeby nadbudowywania formy nad treścią. Ja tylko dobieram formę, która wydaje się nam wspólnie adekwatna do treści.


WO: Gdy rozmawiamy to słyszę sportowca, który jest przyzwyczajony do wysiłku, do rygorystycznej pracy, bardzo mocnej oceny samego siebie. Temat, który wielokrotnie powraca w rozmowach ze sportowcami: co zrobić jak się skończy kariera? Ty masz biznes, wiesz jak się w nim zachować, przenosisz to pomiędzy sportem a biznesem, biznesem a sportem. Ale są sportowcy, którzy kończą karierę i brakuje im adrenaliny i treningu, nie wiedzą jak się w tak zwanym cywilu odnaleźć. Jak, według ciebie, można się przygotować do przejścia do tak zwanego cywila i jakimi cechami można zbudować swoje życie po sporcie?


RS: Nie mam pojęcia jak to zrobić. Powiem więcej – może się okazać, że to jest znacznie trudniejsze wyzwanie niż walczyć o kolejny puchar świata. Oczywiście można próbować zostać mentorem, trenerem, i takich przypadków jest pewnie dużo, a może nawet większość. Ale ja nie wiem tego dzisiaj, bo dla mnie życie bez sportu nie istnieje. Nie wiem jak to miałoby wyglądać gdybym przestał uprawiać wyczynowo sport. Prawdopodobnie potrafię sobie wyobrazić jakąś zmianę dyscypliny na taką, która daje szansę uprawiania w jeszcze późniejszym wieku, czyli przesuwanie tego wyzwania na później, ale dzisiaj nie mam żadnej odpowiedzi na to pytanie. Dzisiaj to jest prawdopodobnie jedno z niewielu pytań, na które nie mam żadnej przemyślanej czy wiarygodnej odpowiedzi.


WO: Co mogłoby spowodować, żeby twoje doświadczenie dojrzałego sportowca i przedsiębiorcy przeniosło się na młodego sportowca, nie-sportowca albo start-upowca, żyjącego w coraz bardziej zdigitalizowanym świecie? Czy widzisz jakiś sposób na połączenie tego? Żeby jedni od drugich mogli się czegoś nauczyć?


RS: Nie wiem. Myślę, że dzisiejszy świat jest na tyle różny od naszego sprzed dziesięciu, piętnastu czy dwudziestu lat, że dawanie jakichś instrukcji czy recept będzie dalece ułomne. Te światy łączą cechy indywidualne, czyli jeśli ktoś ma szansę odnaleźć w sobie pasję – czy to jest klawiatura komputera, ekran dotykowy czy może e-sport – to w tej pasji daleko zajdzie. A jeżeli nie potrafi odnaleźć w sobie pasji, to będzie zawsze tłem dla otoczenia lub jakąś częścią tego tła.


WO: Rafale, bardzo Ci dziękuję inspirującą rozmowę!

Look for others inspirations, interviews? Go for p2v